Lwów

Prawdopodobnie przy soczku spożywanym na krakowskim Kazimierzu padła idea zwiedzenia Lwowa. Pierwsza samodzielna wyprawa na Ukrainę - lęk przed niewiadomą, ale z drugiej strony jeszcze większa ciekawość, silniejsza od lęku. Odnośnie samego dotarcia do Lwowa wiedziałem, że jest w miarę bezproblemowe - bazowałem na cennych wskazówkach Szymona, który miał okazję już tam nieraz być. Po dograniu terminów, po kilkugodzinnej jeździe z Krakowa dotarliśmy do Przemyśla. Miasto naprawdę ładnie położone, chyba najbardziej barokowe z polskich miast które miałem okazję zobaczyć. W celu wstępnego rozeznania wybraliśmy się na dworzec PKS żeby dowiedzieć się jak ewentualnie dotrzeć do Lwowa. "Coś jedzie" - to była cała wiedza, którą tam zdobyliśmy. Dekadencki klimat skłonił nas do szybkiego oddalenia się z dworca i poszukiwania rozwiązań alternatywnych. Postanowiliśmy wczesnym rankiem podjechać do Medyki, gdzie udało nam się zostawić auto na parkingu formalnie niestrzeżonym ale nieformalnie - strzeżonym :-) Opuszczenie Unii Europejskiej per pedes udało się bezproblemowo. Niedaleko granicy zgodnie z informacjami Szymona bezproblemowo znaleźliśmy przystanek marszrutek, które bardzo regularnie kursują do Lwowa. Po kilkunastu minutach mknęliśmy już beztrosko w stronę naszego celu...



Cerkiew św. Jura widziana szeroko tamronem 10-24. Akurat trafiliśmy na mszę w obrządku grekokatolickim. Piękno muzyki cerkiewnej potrafi dosłownie powalić na kolana.



Po ulicach Lwowa jeździ jeszcze sporo porządnych radzieckich pojazdów



Jednym z głównych punktów spotkań Lwowian jest plac przed operą.
Idealne miejsce do dyskusji nad wyższością "etre" od avoir" :-)



Stoiska pamiątkarskie niedaleko centrum



Kościół ormiański - jeden z najbardziej egzotycznych smaczków miasta. Niestety nie dało się w środku zrobić zdjęcia. A szkoda, światło słoneczne wpadające przez okna wraz z surowym wnętrzem tworzyły bardzo mistyczny klimat.



Lwowski ratusz



Pomnik Nikifora albo jak kto woli Krystyny Feldman :-) Skąd krynicki Nikifor znalazł się we Lwowie?



Pchli targ gdzieś w ścisłym centrum. Fajny klimat....



Dużo pamiątek z czasów wojennych: obok polskiej Gazety Lwowskiej różne odznaczenia wehrmachtu...



Wreszcie tramwajem nr 7 trafiamy na Cmentarz Łyczakowski - jeden z głównych celów wycieczek z Polski.



Jest tutaj bardzo dużo wspaniałych nagrobków polskiej inteligencji - tutaj uświadomiłem sobie jaką potęgą intelektualną był ówczesny polski Lwów w XX-leciu międzywojennym. 



Jako że był długi weekend majowy wycieczek z Polski nie brakowało. Dzięki nim szybko można było szybko identyfikować groby znanych Polaków - tutaj tłumek przed grobem niejakiej pani Konopnickiej :-)



Wreszcie docieramy do cmentarza Orląt Lwowskich. Miejsce po burzliwych przejściach stanowiące przez jakiś czas temat różnych polsko-ukraińskich rozgrywek dyplomatycznych. Obecnie gruntownie wyremontowany i zadbany.



Kolejna polska grupa - szerokie ujęcie tamronem 10-24...



Czas wracać do centrum. Upajam się widokiem wołg - których wielkim miłośnikiem jest również sam premier Putin! przy odrobinie szczęścia można przejechać się taką taksówką.



Jeden z ostatnich widoków - gruntownie odnowiony dworzec lwowski widziany z przystanku marszrutek.
Nasza jednodniowa wycieczka do Lwowa powoli dobiega końca. Obiecuję sobie, że jeszcze tu na pewno wrócę, być może już za prezydentury inteligentnego pana Kliczki :-)
Dzięki Damian za wyprawę!

Lwów, maj 2011